Pytanie, czy Feminam jest feministką, brzmi więc nieco prowokacyjnie i żartobliwie. Z perspektywy niektórych nurtów feminizmu, zwłaszcza tych podkreślających autonomię kobiety nad własną seksualnością, taki kierunek można uznać za bliski idei wyzwolenia. Przez dziesięciolecia kobiece pożądanie było tematem tabu, bagatelizowanym albo sprowadzanym wyłącznie do funkcji prokreacyjnej. Suplement, który otwarcie mówi o wspieraniu libido kobiet i traktuje ich przyjemność jako wartość samą w sobie, wpisuje się w szerszy trend odzyskiwania kontroli nad własną seksualnością. Nie jest to jednak deklaracja ideologiczna – to przede wszystkim produkt komercyjny, który ma sprzedawać konkretne rozwiązanie konkretnego problemu. Z drugiej strony Feminam nie angażuje się w dyskusje o równouprawnieniu, nie komentuje struktur społecznych ani nie promuje żadnej wizji świata. Jest narzędziem, a nie ruchem. Nie walczy o prawa kobiet w przestrzeni publicznej, nie zajmuje się przemocą, dyskryminacją czy równością płac. Jego „feminizm”, jeśli w ogóle można o takim mówić, ogranicza się do bardzo wąskiego obszaru – seksualnej sprawczości i przyjemności ciała. Dla jednych będzie to wystarczające i wartościowe, dla innych zbyt powierzchowne i komercyjne, by zasługiwać na miano feministycznego. Ostatecznie pytanie „Czy Feminam jest feministką?” nie ma jednoznacznej odpowiedzi. To, czy ktoś uzna to za akt feministyczny, zależy już od własnej definicji feminizmu. Dla jednych wspieranie kobiecej przyjemności będzie wystarczającym gestem, dla innych – jedynie marketingowym chwytem wykorzystującym język wolności.