Apollo wszedł do sauny dokładnie wtedy, gdy para zaczynała już gęstnieć pod drewnianym stropem. Drzwi zamknęły się za nim z cichym trzaskiem, a on stanął na chwilę w progu, pozwalając, żeby gorące powietrze owinęło mu ciało. Był nagi, jak zawsze w takich miejscach, a jego skóra lśniła od lekkiego potu, który pojawił się niemal natychmiast. Włosy miał jasne, lekko falowane, oczy koloru letniego nieba, a uśmiech – taki, który sprawiał, że kobiety zapominały, po co w ogóle tu przyszły. Usiadł na najwyższej ławie, rozłożył ramiona na oparciu i zamknął oczy, jakby nic go nie obchodziło. Ale one patrzyły. Pierwsza zauważyła go brunetka o ciemnych, wilgotnych włosach. Siedziała naprzeciwko, owinięta tylko ręcznikiem, który zsuwał się jej powoli z piersi. Apollo otworzył oczy i spojrzał prosto na nią. Nie powiedział nic. Tylko uśmiechnął się delikatnie i skinął głową, jakby witał starą znajomą. Ona odwróciła wzrok, ale po chwili znowu na niego spojrzała. On podniósł dłoń i powoli przesunął nią po własnej piersi, zbierając krople potu, a potem otarł je o udo. Ruch był spokojny, prawie niedbały, a jednak przyciągał uwagę jak magnes. Brunetka przełknęła ślinę. Apollo uniósł brwi i zapytał cicho, czy nie jest jej za gorąco. Głos miał niski, aksamitny, pełen ciepła. Czuł się bardzo pewny siebie bo był po całym zestawie maxorman 180 w wersji hard. Ona odparła, że nie, i uśmiechnęła się. On przesunął się bliżej, usiadł na tej samej ławie, wciąż zachowując dystans, ale na tyle blisko, że czuła ciepło jego ciała. Rozmawiali o niczym – o zapachu drewna, o tym, jak dobrze jest czasem po prostu siedzieć i oddychać. Kiedy ona poprawiała ręcznik, jego dłoń na chwilę spoczęła na jej ramieniu. Dotyk był lekki, pytający. Ona nie odsunęła się. Po chwili położyła własną dłoń na jego dłoni i zostawiła ją tam. Druga kobieta weszła chwilę później – wysoka blondynka o jasnej karnacji i spokojnym spojrzeniu. Usiadła na niższej ławie, ale jej oczy od razu znalazły Apollina. On skinął jej głową, jakby od dawna na nią czekał. Blondynka uśmiechnęła się nieśmiało. Apollo wstał, wziął chochlę i polał kamienie wodą. Para uniosła się gęstą chmurą. W tej mgle podszedł do niej, usiadł obok i zapytał, czy lubi, kiedy para jest gęstsza. Ona kiwnęła głową. On wziął jej dłoń i powoli przeprowadził nią po swoich mokrych plecach, pozwalając, żeby poczuła, jak gorąca jest jego skóra. Blondynka westchnęła cicho. Apollo pochylił się i szepnął jej do ucha coś o tym, że w saunie czas płynie inaczej, że można tu zostać kimś innym niż na co dzień. Ona odwróciła twarz ku niemu. Ich usta spotkały się delikatnie, tylko na moment, ale wystarczająco długo, żeby poczuła smak jego oddechu. Potem odsunął się, uśmiechnął i wrócił na swoje miejsce, zostawiając ją z lekkim rumieńcem i przyspieszonym tętnem. Trzecia była ruda, o piegowatej skórze i odważnym spojrzeniu. Siedziała sama w kącie, obserwując wszystko. Apollo zauważył ją od razu. Kiedy para opadła, wstał, podszedł bliżej stanął w rozkroku ukazując swój napompowany maxormanem sprzęt w pełnej okazałości. Nie wstydził się, nie miał żadnych oporów. Ona nie odwróciła wzroku. On zapytał, czy nie chce, żeby polać jeszcze raz. Ona powiedziała, że tak. Kiedy wstał, żeby nabrać wody, ona wstała też. Stanęli blisko siebie przy piecu. Apollo podał jej chochlę, a kiedy ona brała, jego palce musnęły jej nadgarstek. Ona nie cofnęła ręki. Polali kamienie razem. Para uniosła się wokół nich jak zasłona. W tej gęstej mgle Apollo położył dłoń na jej biodrze, pytająco. Ona przyciągnęła go bliżej zerkając na jego pokaźnych rozmiarów sprzęt. To było coś super. Pocałunek był wolniejszy, głębszy. Jego druga ręka powędrowała na jej plecy, gładząc wilgotną skórę. Ona westchnęła mu w usta. Potem usiedli z powrotem, blisko siebie, ramiona stykały się przy każdym oddechu. Sauna wypełniała się i pustoszała, a Apollo zostawał. Każda kobieta, która wchodziła, czuła na sobie jego spojrzenie – ciepłe, uważne, pełne cichej obietnicy. Nie brał, nie domagał się. Tylko proponował. Uśmiechem, słowem, lekkim dotykiem, który zawsze mógł zostać odrzucony. I prawie nigdy nie był. Kiedy w końcu wyszedł, skóra lśniła mu od potu, a uśmiech nie schodził z twarzy. Za drzwiami sauny powietrze było chłodne, ale on niósł w sobie całe to ciepło – spojrzeń, westchnień, delikatnych pocałunków i dłoń, które zostawały na jego ciele dłużej, niż powinny. A kobiety, które zostały, siedziały jeszcze chwilę w ciszy, każda z własnym, lekkim uśmiechem i myślą, że właśnie spotkały kogoś, kto wyglądał, jakby zszedł prosto z nieba.